Termodynamika życia prof. Tadeusza Bohdala

2026-07-08-Tadeusz-Bohdal-Koszalin-fot-Jerzy-Doroszkiewicz-PB
Politechnika Białostocka uhonorowała prof. dr. hab. inż. Tadeusza Bohdala tytułem Doktora Honoris Causa. Wybitny naukowiec, wizjoner termodynamiki i twórca koszalińskiej szkoły chłodnictwa odebrał najwyższą godność akademicką uczelni podczas uroczystości 7 września 2026 roku.
 

Panie Profesorze, jak to się stało, że większość życia spędził Pan w Politechnice Koszalińskiej?

Wszystko zaczęło się w Świdwinie, gdzie moi rodzice trafili w ramach wielkiej powojennej wędrówki ludów. Ich losy to gotowy scenariusz na film: brat mojej mamy, wojskowy w II Rzeczypospolitej, po wyzwoleniu z niemieckiego obozu jenieckiego pod Świdwinem, ściągnął tam rodzinę z Żywca, bo były tam wolne mieszkania i praca. Z kolei ojciec pochodził z Nieświeża, z terenów dzisiejszej Białorusi. Jego brat szedł z armią Wojska Polskiego i również osiadł w Świdwinie. Rodzice poznali się w tym zburzonym mieście, które wspólnie odgruzowywali, i tak w 1953 roku przyszedłem na świat. Tam ukończyłem szkołę podstawową i liceum.

Właśnie, wybór szkoły średniej nie był taki oczywisty. Miał Pan zostać mechanizatorem rolnictwa?

W Świdwinie były wtedy dwie szkoły: technikum i liceum ekonomiczne. Moi kuzyni chodzili do technikum mechanizacji rolnictwa i ciocia mocno mnie namawiała, żebym poszedł w ich ślady – argument był taki, że od razu będę miał konkretny zawód i nie będę musiał się dalej uczyć. Ja jednak nie chciałem być mechanizatorem i wybrałem liceum ekonomiczne. Los spłatał mi jednak figla: gdy byłem w ósmej klasie, „ekonomik” zlikwidowano i zaproponowano powołanie liceum ogólnokształcącego. Rodzice dali mi wolną rękę, więc wbrew sugestiom otoczenia, wybrałem nową szkołę bez tradycji. Okazało się to strzałem w dziesiątkę – nauczyciele tak bali się o renomę placówki, że gonili nas do nauki niemiłosiernie. Dzięki temu większość mojej klasy bez problemu dostała się na wymarzone studia.

Zamiast wymarzonej astronomii w Toruniu wybrał Pan jednak Koszalin. Jak do tego doszło?

W liceum miałem wspaniałego nauczyciela astronomii, który zaszczepił we mnie pasję do nietypowych kierunków. Planowałem Toruń, ale w klasie maturalnej odwiedzili nas studenci z Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Koszalinie. Kusili darmowym akademikiem dla każdego i stypendiami. Sześć osób z klasy dało się namówić. Ja, czując pewną niepewność co do swojej wiedzy, pomyślałem, że na mechaniczny będzie łatwiej się dostać niż na budownictwo, które wybrali koledzy. Jakież było moje zdziwienie, gdy po egzaminach okazało się, że jestem w pierwszej piątce najlepszych kandydatów! Indeks odbierałem na podium z rąk rektora Jerzego Smoleńskiego podczas centralnej inauguracji. Choć matematykę i fizykę lubiłem, początki z przedmiotami technicznymi były trudne. Pamiętam, jak kazano mi narysować wałek maszynowy, a ja nigdy czegoś takiego nie widziałem – moim jedynym wyobrażeniem wałka był ten do ciasta, który mama trzymała w szufladzie w kuchni. Ale jak człowiek chce się uczyć, to wszystko nadgoni – studia też ukończyłem z wyróżnieniem, odbierając dyplom znów z rąk rektora.

Co takiego zaintrygowało Pana w termodynamice?

Zaczęło się od przypadku, bo na studiach trzeba było wybrać specjalność – padło na maszyny przemysłu spożywczego i urządzenia chłodnicze. A chłodnictwo to nic innego jak termodynamika niskotemperaturowa. Pracując lata na uczelni, odkrywam tę dziedzinę ciągle na nowo. Uświadomiłem sobie, że termodynamika jest wszędzie: w elementach martwych, żywych, w roślinach, w człowieku, a nawet w zjawiskach pogodowych. To, czy dziś pada deszcz, to sprawa termodynamiki. Wszystko, co dzieje się na świecie, wynika z jej praw.

Jak zatem skutecznie i proekologicznie zarządzać energią w XXI wieku?

Kluczem jest to, by energii nie tracić, lecz ją odpowiednio wykorzystać, co wymaga projektowania urządzeń energooszczędnych i mało materiałochłonnych. Sama instalacja mechaniczna bez czynnika roboczego to po prostu złom. Dopiero gdy wpuścimy tam substancję i poddamy ją przemianom – wrzeniu, skraplaniu, sprężaniu – uzyskamy efekt. Dawniej stosowano niszczące warstwę ozonową freony. Dziś stawiamy na wodę, powietrze lub nowoczesne, bezpieczne czynniki. Jako naukowiec podkreślam też wagę współpracy z przemysłem. Nauka „bezkosztowa” nie istnieje, dlatego przemysł musi partycypować w kosztach badań, z których sam czerpie później korzyści finansowe.

Przeszedł Pan wszystkie szczeble kariery – od asystenta stażysty do rektora. Co uważa Pan za swój największy sukces?

To, że udało mi się wyważyć proporcje między dydaktyką, nauką a organizacją. Pół wieku temu zacząłem jako asystent stażysta, choć po czterech miesiącach upomniało się o mnie wojsko. Po powrocie pełniłem funkcje prodziekana, prorektora i rektora. Obserwuję, że wielu moich kolegów, gdy tylko weszli w administrację, zaniedbało naukę i zostało na etapie doktoratu. Mnie się to nie przydarzyło – mimo funkcji zawsze realizowałem pełne pensum dydaktyczne, bo po prostu lubię uczyć. Bardzo ważne jest planowanie – tę precyzję, punktualność i niezawodność odziedziczyłem po mamie. Nawet jako rektor dbałem, by biuro przygotowywało wszystko znacznie wcześniej. Solidny plan pozwala uniknąć żywiołowości, choć czasem improwizacja też jest konieczna.

A jak wygląda Pana relacja ze studentami? Słynie Pan z niezwykłej otwartości.

Współpraca wymaga wzajemnego szacunku. Jako prodziekan ds. nauczania miałem pod opieką 2800 studentów w czasach bez komputerów – wszystko: podania, decyzje o przejściu na kolejny rok, opracowywałem ręcznie. Zawsze starałem się tak rozmawiać, by student, nawet gdy sprawa nie poszła po jego myśli, wychodził z gabinetu zadowolony. Przez te wszystkie lata żaden student nie powiedział mi brzydkiego słowa ani nie trzasnął drzwiami. Młodzież jest wspaniała, tylko trzeba umieć do niej podejść, mieć cierpliwość, bo młodość musi się czasem „wyszumieć”. Wypuściłem ponad 300 magistrów i zawsze słucham ich pomysłów. Nawet jeśli pomysł studenta jest nietrafiony lub oderwany od mojej dziedziny, nie zbywam go, lecz staram się go ukierunkować lub podpowiedzieć inną katedrę.

W literaturze przedmiotu jest Pan uznawany za twórcę koszalińskiej szkoły naukowej zjawisk falowych. Jak wyglądały początki tych badań?

Zaczynałem w latach 70. XX wieku. To były pionierskie czasy – profesor Marian Czapp każdemu z asystentów przydzielił, jak w piosence, „kawałek podłogi”. Dostałem 10 metrów kwadratowych w powstającym laboratorium i polecenie: „Tu proszę sobie zaprojektować i zbudować stanowisko”. Przez braki materiałowe i stan wojenny budowa trwała pięć lat. Kiedy wreszcie ruszyłem, w trzy miesiące zrobiłem badania, które okazały się przełomowe. Szukałem tzw. zerowego kryzysu wrzenia – zjawiska niestabilności przy rozpoczynaniu wrzenia. Długo nie mogłem go uchwycić, ale w końcu rejestratory drgnęły. Pojawiły się pęcherzyki parowe, a ja krzyknąłem: „Mam cię!”. Opisałem ten kryzys w cieczy przechłodzonej, co w Polsce było nowością. Udowodniłem, że te zjawiska mają charakter falowy. To stało się fundamentem mojej habilitacji i książki profesorskiej, a temat podchwycili moi wychowankowie, co doprowadziło do tego, że dziś mamy w katedrze sześciu profesorów energetyki.

Jak rozpoczęły się Pana wieloletnie związki z Politechniką Białostocką?

Trwają one już ponad 30 lat. Zaczęło się w latach 90. od konferencji w Augustowie, gdzie poznałem profesora Jana Łacha. Kolegowaliśmy się aż do jego śmierci. Później współpracowałem z profesorami Skiepko i Butrymowiczem. Z profesorem Butrymowiczem pisaliśmy sobie wzajemnie recenzje, opiniowałem jego książki i wniosek o tytuł profesora. Co ciekawe, mój magistrant z Koszalina, profesor Kamil Śmierciew, pracuje obecnie właśnie w Białymstoku. Bardzo cenię tamtejszy ośrodek – to krajowa czołówka w zakresie urządzeń strumienicowych. Kiedy pojawia się jakiś nowy czynnik chłodniczy i potrzebuję jego właściwości, których nikt w Polsce jeszcze nie ma, dzwonię do Białegostoku i zawsze je dostaję.

A czym dla Pana osobiście jest tytuł Doktora Honoris Causa nadany przez tę uczelnię? Jak Pan zareagował na tę wieść?

Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie jestem dumny. To najwyższe wyróżnienie, o którym wielu marzy, a nie każdemu jest dane je otrzymać. Nigdy nie aspirowałem do takich honorów i muszę przyznać, że zostałem bardzo przyjemnie zaskoczony – wręcz zdumiony, że środowisko naukowe Politechniki Białostockiej uznało mnie za godnego tak zaszczytnego tytułu. Czuję ogromną wdzięczność wobec inicjatorów oraz władz dziekańskich i rektorskich za to, że mnie dostrzeżono. To dla mnie wyjątkowy moment w karierze.

Nie sposób pominąć Pana aktywności społecznej, w tym… aktorskiej.

Zawsze starałem się pomagać – czy to chodząc z puszką WOŚP, czy współpracując z Sybirakami i filatelistami. Udział w przedstawieniach w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym był jednak wyjątkową przygodą. Przez trzy sezony, wraz z samorządowcami i posłami, przygotowywaliśmy biletowane bajki dla dzieci, by wspomóc szpital wojewódzki. Grałem królewicza, szerszenia w „Pchle Szachrajce”, a nawet zakochanego hipopotama. Widownia pękała w szwach, bo wszyscy czekali, aż ktoś ze „świecznika” się pomyli. I ja się raz pomyliłem! Przed spektaklem koledzy namówili mnie na drinka, twierdząc, że będę miał „jasność umysłu”. Czułem się świetnie, dopóki nie wszedłem na scenę i… kompletnie zgubiłem wątek. Wypaliłem wtedy prosto do publiczności: „O Boże, tekstu zapomniałem!”. Sala ryknęła śmiechem, to się ludziom podobało najbardziej. Od tego czasu wiedziałem jednak, że na scenie muszę mieć zawsze „głowę w porządku”. Bardzo cenię też sobie tytuł honorowego obywatela Świdwina nadany mi w 2017 roku – to piękne, gdy miasto dzieciństwa o Tobie pamięta.

Autor: Agnieszka Sakowicz-Stasiulewicz