Anna Popławska-Proskień – zawód inżynier
30-01-2026
Mgr inż. Anna Popławska-Proskień opisuje drogę od studiów w Politechnice Białostockiej, przez międzynarodowe wymiany w ramach programu Erasmus+, aż po zdobywanie doświadczenia na wymagających placach budowy. Przyznaje, że plac budowy w dalszym ciągu jest miejscem, gdzie kobieta musi się wykazać. Pani inżynier przekonuje, że praca inżyniera to nie tylko wiedza techniczna, ale przede wszystkim powołanie i gotowość do ciągłej nauki.
Pani inżynier, proszę powiedzieć, dlaczego przede wszystkim zdecydowała się Pani na studia inżynierskie?
Mgr inż. Anna Popławska-Proskień: W szkole średniej miałam dwa marzenia: zostać lekarzem lub stomatologiem albo inżynierem budownictwa. Moja droga w taki sposób się ułożyła, że na studia medyczne się nie dostałam, ale dostałam się na budownictwo i to był strzał w dziesiątkę.
Lekarz to praca z ludźmi, ale inżynier budownictwa to też przede wszystkim praca z ludźmi.
Tak. I tego na studiach nie uczą.
Ale o tym Pani chyba nie wiedziała idąc na studia. Jak sobie Pani wyobrażała swoją przyszłość?
Ja siebie wyobrażałam jako kierownika budowy, jako kierownika robót.
Taki Stefan Karwowski z „Czterdziestolatka”?
Tak, ale w wersji damskiej.
Czy Pani sobie pomyślała, że „dam radę”? No bo wiadomo, że świat budowlańców jest takim światem dosyć surowych mężczyzn, gdzie kobieta musi pokazać kto rządzi.
Nie zawsze kobieta musi pokazać kto rządzi. Na budowie, jak w każdej organizacji, obowiązuje hierarchia. Kobieta musi pokazać, że nadaje się do tej pracy. I niestety, muszę powiedzieć, że ten egzamin musi zdać na każdym nowym przedsięwzięciu, które realizuje. Tak jak mężczyzna musi „zdać egzamin” tylko na pierwszej czy drugiej budowie, tak kobieta zdaje go za każdym razem.
Czyli, mimo że mamy XXI wiek to okazuje się, że cały czas są tacy niedowiarkowie, którzy twierdzą, że kobieta sobie nie poradzi, bo tu potrzeba faceta?
Tak, ale proszę mi wierzyć, wystarczy 7 dni. Kiedy przychodzą obowiązki, weryfikacja tego, co zostało zrobione, w jaki sposób jest tłumaczone, kiedy widać kompetencje – wszystko wraca na swoje tory.
Chciała Pani być takim kierownikiem budowy i zdecydowała się na studia inżynierskie na Wydziale Budownictwa i Nauk o Środowisku Politechniki Białostockiej na kierunku budownictwo. Potem wybrała Pani specjalność?
Jako specjalność na studiach pierwszego stopnia wybrałam konstrukcje budowlane i inżynierskie. Tę samą decyzję podjęłam w wyborze specjalności na studiach magisterskich. „Konstrukcje” to bardzo duża różnorodność obiektów, z którymi trzeba się zapoznać, trzeba je zaprojektować i to mi się bardzo podobało. To mnie w pewien sposób przygotowało do rozpoczęcia pracy na budowie jako inżynier budowy.
I wtedy łatwiej odczytać dokumentację?
Tak, łatwiej odczytać dokumentację i zna się już słownictwo.
Słownictwo branżowe czy to słownictwo, którym się Pani komunikuje z budowlańcami?
Branżowe. Potoczne słownictwo budowlane to już jest inna para kaloszy.
Ale rozumiem, że też Pani zakłada tę parę.
Jak najbardziej. Potoczne słownictwo budowlane w różnych częściach Polski bardzo się różni i rozpoczynając nową budowę trzeba nauczyć się go ponownie.
Czyli cały czas prowadząc budowy Pani się uczy?
Tak. Każda nowa budowa to nowa lekcja, nie tylko językowa.
A jak przebiegały studia magisterskie?
Rozpoczęłam je zaraz po obronie tytułu inżyniera budownictwa. Zdałam wszystkie egzaminy. Kończąc magisterkę wyjechałam na praktyki studenckie z programu Erasmus+, a po powrocie z tych praktyk od razu zaczęłam szukać pracy.
Cofnijmy się lekko w czasie. Czy na pierwszym stopniu studiów Pani tylko zaliczała praktyki, czy też równolegle gdzieś potrafiła znaleźć pracę?
W trakcie studiów inżynierskich odbyłam płatne praktyki studenckie i za zarobione pieniądze wyjechałam na półroczne studia do Turynu we Włoszech. Wyjazd ten otworzył mi zupełnie nową perspektywę i na życie, i światopoglądowo. Pokazał mi jaka sama jestem, bo dopóki nie wyjedziemy – nie wiemy jacy jesteśmy.
Co Pani robiła w Turynie oprócz odwiedzenia fabryki Fiata?
Fabryki Fiata nie odwiedziłam, ani też nie odwiedziłam stadionu klubu piłkarskiego Juventus Turyn, ale miałam zajęcia w języku włoskim. Miałam kolegów i koleżanki z całego świata. Uczelnie we Włoszech są bardzo różnorodne pod względem obcokrajowców i ta różnorodność pokazała jak odmienny jest świat od mojego Białegostoku, z którego pochodzę.
A poczuła się Pani też taką obywatelką świata, inżynierem europejskim, to że kończąc studia da pani sobie radę w dowolnym miejscu Europy?
Tak. To właśnie daje program Erasmus+. Kiedy wraca się z Erasmusa, wraca się z zupełnie innym bagażem doświadczeń. Wiemy, że świat inżynieryjny jest na wyciągnięcie ręki, że trzeba tylko po to sięgnąć.
Być odważną.
Być odważną. Dzięki studiom w Turynie, zawartym tam znajomościom, znalazłam staż studencki na Sycylii dwa lata później, który zrealizowałam również w programie Erasmus+.
Czyli tak naprawdę to były studia europejskie.
Politechnika Białostocka otworzyła mi drzwi na cały świat.
A Pani, żeby z tych drzwi skutecznie skorzystać, musiała też wybrać temat pracy magisterskiej. Co to było?
Wybrałam nasyp na słabym podłożu. To temat geotechniczny, który w późniejszej pracy w drogach i w mostach bardzo mi się przydał. Ja jestem sercem mostowcem, a mosty wpisują się w konstrukcje budowlane i inżynierskie. Największe piętno odcisnęły praktyki wakacyjne na budowie mostu w Kwidzynie w 2012 roku i z tej budowy wyniosłam to, że chcę budować mosty w przyszłości.
Tytuł magistra inżyniera to dopiero początek kariery zawodowej w budownictwie, jeśli chce się pracować w wykonawstwie, potrzebne są uprawnienia. Jaka była Pani droga do bycia pełnoprawnym kierownikiem budowy?
Po studiach rozpoczęłam pracę jako inżynier budowy. Najważniejsze jest to, aby znaleźć taką pracę, w której można realizować praktykę zawodową i mieć swojego opiekuna praktyk, który zaświadczy pod wnioskiem o egzamin na uprawnienia budowlane, że takie praktyki się odbyło.
Jakie to były realizacje?
Swoją pracę rozpoczęłam w dziale przetargów we włoskiej firmie w Warszawie, co się idealnie wpisywało w moje doświadczenia z językiem włoskim zaraz po dwóch wymianach studenckich. To też był akt odwagi, aby wyruszyć do stolicy i roznosić osobiście CV. Być może wygląda to trochę archaicznie w obecnych czasach, ale to właśnie spotkanie człowieka twarzą w twarz powoduje to, że mamy okazję poznać kogoś i w ten sposób zdobyć pracę. Pracowałam przy przetargach przy największych inwestycjach infrastrukturalnych w Polsce. Po kilkunastu miesiącach postanowiłam jednak wrócić na budowę i zmieniłam pracę. Moją pierwszą budową okazała się obwodnica Nysy w ciągu drogi krajowej nr 46 na Opolszczyźnie tuż przy granicy z Czechami i tam przeszłam swoją szkołę życia.
I też poznawałam kraj.
Bardzo cenię i bardzo mile wspominam pracę w delegacji, bo dzięki temu mogłam poznać wiele zakątków w Polsce, których normalnie pracując na etacie bym nie zwiedziła. A praca i podróżowanie to było połączenie pożytecznego z przyjemnym.
Tak naprawdę odpowiadała Pani za jakiś wybrany element konstrukcyjny, jakiś jak się mówi w budownictwie odcinek, a szef, który miał pełne uprawnienia budowlane, tylko był takim mentorem, który później właśnie mógł wystawić dokument, że pani rzeczywiście tę praktykę odbyła?
Miałam swój wiadukt drogowy, na którym zjadłam zęby, na którym musiałam wiele się nauczyć.
A potem podjęła Pani decyzję, że lekko zmienia swoje zainteresowania zawodowe.
Podczas budowy obwodnicy Nysy mój szef postanowił zakończyć moją karierę i dostałam wypowiedzenie. Znowu szukałam budowy i w ten sposób trafiłam do Olsztyna na budowę drogi ekspresowej. Później trafiłam do Poznania również na budowę drogi ekspresowej. Kiedy zaczęły się dofinansowania do projektów kolejowych – rozpoczęłam swoją pierwszą budowę kolejową jako majster budowy obiektów mostowych. Praca w kolejówce daje to, że również można wyspecjalizować się w tej branży.
Jak to się robi? Zdaje się jakiś dodatkowy egzamin czy przedstawia takie zaświadczenia, że ileś obiektów się poprowadziło i dodatkowo można mieć taką specjalność w kierowaniu robotami?
W trakcie realizacji obiektów inżynieryjnych można brać udział również w realizacji działki kolejowej. Kierownik robót kolejowych podpisuje taką praktykę i w ten sposób można ubiegać się o egzamin na uprawnienia kolejowe.
A Pani?
Taka była też moja droga. Obecnie jestem inspektorem diagnostą do spraw nawierzchni i podtorza w Polskich Liniach Kolejowych.
Co to oznacza?
Moja praca polega na opiekowaniu się liniami kolejowymi, które zostały mi przydzielone. Cyklicznie dokonuję przeglądów, badań elementów infrastruktury kolejowej – nawierzchni, podtorza, rozjazdów, przejazdów kolejowo-drogowych, peronów, ramp przeładunkowych, placów załadowczych.
Praca w terenie.
Jest to praca w terenie i jest to praca nietuzinkowa, bo łączy w sobie pracę z ludźmi ze specjalistyczną wiedzą techniczną oraz procedury kolejowe, do których musimy się stosować. One są bardzo ważne, bo chronią nas i chronią innych ludzi. To także późniejszy spokój tworzenia protokołów, które są podstawowym dokumentem moich obserwacji, badań, mojego całokształtu pracy.
Ma Pani zespół, czy osobiście prowadzi badania?
Badania prowadzę osobiście, najczęściej w parze albo z zespołem. Mamy różne przyrządy i instrumenty, ale głównym z nich jest toromierz, który pokazuje, w jakim stanie technicznym jest nawierzchnia kolejowa.
Czyli też trzeba było przejść szkolenie, żeby umieć prawidłowo odczytać wyniki.
Toromierz to podstawowy przyrząd inżyniera budowy i już podczas praktyki do uprawnień kolejowych zapoznaje się z jego obsługą. Współczesny inżynier jest osobą wszechstronną.
A bycie inżynierem to swego rodzaju misja, praca, powołanie?
Dla mnie bycie inżynierem to powołanie.
Czytaj też: O przyszłości budownictwa w Politechnice Białostockiej
Autor: Jerzy Doroszkiewicz